Sprzedaż. Jak sprzedać (prawie) wszystko (prawie) każdemu – Fredrik Eklund

Elegancka, stonowana, gustowna. Nie przyciągnęła mojej uwagi przed czytaniem. Jednak teraz, już po lekturze, obejrzałam dokładnie całą. Chyba jeszcze nigdy nie przyglądałam się okładce książki tak jak dziś. Według mnie jest taka jak jej autor. Przystojna. Elegancka. Doskonała.

Idealnie biała koszula, mankiety i muszka przenoszą nas już przy powitaniu w świat, który na co dzień jest gdzieś w odległych zakątkach. A tak naprawdę jest tuż obok i gdybyśmy tylko chcieli, możemy wkroczyć w niego pewni siebie, z dumnie podniesioną głową, bez obaw i strachu wypisanego na twarzy.

Tego właśnie próbuje nauczyć nas Fredrik Eklund, a ja właśnie opisałam Ci jeden z licznych tajników jego sukcesu. Udawaj pewnego siebie, nawet gdy się tak nie czujesz. Więcej nie zdradzę. Więcej technik najskuteczniejszej sprzedaży XXI wieku poznasz, zagłębiając się w cudowny świat tego prawie dwumetrowego mężczyzny ;-)

Autor książki szokuje, zadziwia, czasami przeraża. Co jakiś czas wplata do treści takie informacje, które sprawiają, że muszę przeczytać dany fragment jeszcze raz. Dopiero wtedy dociera do mnie to, do czego on właściwie próbuje mnie przekonać J

Szalenie spodobały mi się też te wstawki, gdzie każe nam wyobrażać sobie nas, jako m.in. klasę jego uczniów, lub obóz rekrutów. Humorystyczne podejście, a jednak jest w nim ten smak, którego szukam.

Gdy pierwszy raz usłyszałam o „Sprzedaży”, zastanawiałam się czy nie mając nic wspólnego z handlem, można stać się super sprzedawcą natychmiast po przeczytaniu. Oczywiście -takich cudów nie ma. Jednakże dostaniemy ogrom wytycznych, porad i wskazówek na ponad trzystu stronach. Nie mając nic, mamy tak wiele.

Książka uczy nie tylko potencjalnych handlowców jak być najlepszym sprzedawcą świata. Uczy również Ciebie- jak sprzedawać na co dzień. Sztuka sprzedaży dotyczy nawet tak prozaicznych części naszego życia jak szukanie pracy czy zdobywanie nowych przyjaciół. Idziesz na randkę? Musisz zaprezentować swoją osobę najlepiej jak potrafisz. A to również jest forma sprzedaży.

W trakcie lektury często nasuwały mi się na myśl pewne osoby z mojego życia. Między innymi kobieta, która po raz pierwszy nazwała mnie „Śnieżynką”. Pewne techniki sztuki biznesu używane przez autora widzę właśnie w jej zachowaniu oraz ubiorze. Co najważniejsze? To działa, a ona odnosi sukcesy jako bizneswoman i jest przez ludzi szanowana, np. za bycie sobą. Ja dodatkowo lubię jej uśmiech i konkrety, bo owijanie w bawełnę to strata czasu każdej ze stron.

I tego też uczy nas autor- czas to najcenniejsze co masz. Sprzedaj go mądrze!

Biznes Ci ucieka- Marcin Osman

Minął niecały rok, odkąd kupiłam „Biznes Ci ucieka” i przeczytałam jeszcze w samochodzie, wracając z wykładu Marcina Osmana do domu. Był to też pierwszy taki przypadek, gdy dałam się namówić na kupienie książki wykładowcy po godzinie słuchania jego paplaniny. Ale po tym, co usłyszałam nie dziwię się, że przy stoisku z książkami prawie rzuciłam się na swój egzemplarz.

A teraz postanowiłam sięgnąć po niego jeszcze raz. Między innymi dlatego, że jesienna aura wpłynęła na mnie niezbyt przychylnie, w związku z czym czuję, że znów potrzebuję motywacji i takiego pozytywnego „kopa” do działania. A książka pod uroczym tytułem, gdzie biznes, jako forma materialna „daje nogę”, spełnia bez dwóch zdań swoją rolę w tej kwestii ;-)

Już od pierwszej strony autor mówi o sobie, że nie jest wszechwiedzący i nie ma zawsze racji. To stawia go na poziomie równym nam- czytelnikom. Jest zwykłym człowiekiem, który popełnia błędy i nie raz życie twardo stawia go na ziemi. Wśród tych licznych błędów, ale także chwil radosnych, pełnych spełnienia Marcin Osman znajduje sposób, by podzielić się z nami swoim doświadczeniem. Nie jako guru, ale jako zwykły śmiertelnik, który dzięki swojej inteligencji i szarym komórkom, z których potrafił zrobić użytek w wielu sytuacjach rozmawia z nami, tak, jakby siedział naprzeciwko. A jeśli ktoś ma wątpliwości, że ten człowiek nie gwiazdorzy- niech napisze do niego. Gwarantuję Wam, że odpisze na każdego maila i odpowie na każde pytanie swojego Czytelnika. Bo na tym polega wzajemny szacunek, którego pełno w książce „Biznes Ci ucieka”.

Marcin pokazuje nam, w jaki sposób on patrzy na życie. Jak uczy się wybierać dla siebie to co najważniejsze, nawet z filmów, które inni oglądają jako kolejne „zapychacze wieczoru”. Ja film wspomniany przez autora obejrzałam tylko dlatego, że zaciekawiło mnie to, co przeczytałam na jego temat w tej książce.

Znajdziemy w niej informacje jak przygotowywać się do pewnym elementów życia, jak np. rozmowa w sprawie pracy. Rzeczy elementarne, o których niby wszyscy wiedza, ale argumenty, jakich używa autor przemawiają do mnie bardziej niż to, co nieraz usłyszałam w szkole, jak powinno się prawidłowo szukać i zdobywać pracę.

Do mojej wyobraźni przemawia również niejedno określenie, jakie przeczytałam, barwne, wesołe, a jednak dające dużo do myślenia, jak np. „parking przeciętności” czy „renesansowa wszechstronność”. I oczywiście wyjaśnione szeroko przez autora.

Po przeczytaniu tej książki zmieniło się też moje podejście do autorów książek, ludzi sławnych oraz bogatych. Teraz po przeczytaniu każdej książki piszę maila do autora lub autorki. Większość odpisuje, ale też zdarzyło mi się nie otrzymać zwrotki. Stawiam na wyrozumiałość, ale cały czas mam w pamięci to, co Marcin Osman napisał na ten temat w „Biznes Ci ucieka”.

Sama książka jest przyjemna w użytkowaniu, mała (kobietki, zmieści się w Waszej torebce!), ale nie za mała. Rozdziały są krótkie i zwięzłe, więc czyta się lekko, a jednocześnie bardzo zrozumiale. I jak dla mnie plus za wybór czcionki. Nie potrafię określić dokładnej nazwy, ale właśnie taką lubię :-)  W moim egzemplarzu jest mnóstwo notatek na marginesach, a także ślady żółtego zakreślacza, który na szybko pozwala mi wrócić do najistotniejszych dla mnie treści całej książki. Ze swej strony- polecam!

Maciej Dutko: Targuj się! Zen negocjacji

Sklep, z którego ostatnio korzystam przy wyborze książek ma jedną zaletę: jeszcze nie wzięłam stamtąd nic, co dla mnie byłoby beznadziejne. Również i tym razem się nie zawiodłam.

Apetyt na ten tytuł miałam już od około dwóch miesięcy. Żałuję tylko, że dopiero teraz zrealizowałam smak. Co więcej: żal mi, że książka nie powstała już dużo wcześniej.

Drogi Autorze, szkoda, że nie napisałeś jej jakieś dwadzieścia lat temu. Byłabym teraz naprawdę bogata nie tylko w wiedzę, ale i w doświadczenie. A teraz jedynie jestem bogata w wiedzę, której w książce tyle, ile soli w morzu. A skoro nawet nasz Bałtyk jest nieźle zasolony (jak ktoś nie wierzy niech spróbuje trochę łyknąć, picia większych ilości zdecydowanie nie polecam), więc domyślasz się Drogi Czytelniku, jak bardzo napełniłam swoje szare komórki nowymi umiejętnościami. Choć na razie tylko w teorii.

A w zasadzie to nie tylko w teorii. W trakcie podróży przez karty książki zdarzyło mi się stwierdzić, że podobna sytuacja i w  moim życiu miała miejsce i nie myśląc, że może być to jakaś technika negocjacyjna stosowałam ją z lubością.

Zwróciłabym uwagę na książkę nawet gdybym nie przeczytała tytułu, bo niesamowicie spodobała mi się okładka. Skojarzyła mi się z pudełkiem. Nie wiem dlaczego, może kolorystyka, a może sam wzorek tak działa na moją wyobraźnię, że patrząc na zdjęcie okładki w Internecie kojarzyłam ją z dużym, miłym pudełkiem. Cudownie urocze :-) !

źródło: http://republikawiedzy.pl/pl/p/Maciej-Dutko-Targuj-sie-Zen-negocjacji/22945531

http://republikawiedzy.pl/pl/p/Maciej-Dutko-Targuj-sie-Zen-negocjacji/22945531

Pomimo szczerego zachwytu jakim teraz obdarzam to dzieło, po przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron byłam dziwnie niespokojna. Spodziewałam się, ze autor będzie po myślniku wymieniał każdą z technik negocjacyjnych już od pierwszych stron książki, a tymczasem nic takiego nie miało miejsca. W pewnym momencie czytania zatrzymałam się na chwilę. Obejrzałam jeszcze raz cała książkę, łącznie z okładką i spisem treści i oniemiałam. Od pierwszych stron książki do mojej głowy były przemycane wszelkie tajniki od najprostszych i najmniejszych do tych najtrudniejszych i największych, stosowane całe życie przez autora. Tylko trzeba dobrze czytać. Nie wystarczy książkę przeczytać. Trzeba ją czytać. Autentycznie czytać. I myśleć- czytając.

Dopiero w drugiej połowie autor rozkręca się już bez żadnych ukrytych trików i lecąc po całości mówi wprost co robić, co mówić i jak to robić. Podchodzi to już pod takie podsumowanie tego, o czym mówił wcześniej, a jednak mówi o czymś zupełnie nowym i wciąż czegoś nas uczy. To takie chodzenie do szkoły, tylko, że intensywna nauka trwa aż do oficjalnego zakończenia szkoły (czy naprawdę wszyscy uczniowie w czerwcu, na dwa, trzy tygodnie przed końcem już mają w szczerym poważaniu lekcje i naukę :-D ?)

Zastanawiałam się nad polecaniem tej książki osobom, z którymi pracuję na co dzień. Ale chyba nic z tego nie wyjdzie. Pod tym względem obawiam się okazać potwornie samolubna- na stopie zawodowej. Przyjaciołom- polecam! Ze szczerego serca. A swojego egzemplarza nie oddam- nawet za cenę najukochańszych słodyczy (wtajemniczeni wiedzą) :-)

„Jak zorganizować idealne wesele” – Justyna Kościelska

http://osman.shoparena.pl/pl/p/Jak-zorganizowac-idealne-wesele/125
źródło: http://osman.shoparena.pl/pl/p/Jak-zorganizowac-idealne-wesele/125

 Pomimo faktu, iż do ślubu się na razie nie szykuję, z ciekawością sięgnęłam po ten tytuł.

Już od pierwszych stron książki zauważyłam ton, w jakim autorka dzieli się z nami swoją wiedzą i doświadczeniem. Jest żartobliwy i często w poważne rozważania wplecione są porównania, które wywołują śmiech na twarzy czytelnika, a z moją skłonnością do śmiechu aż do łez, bez chusteczek się nie obyło ;-)

Pomimo tego humoru, jest to autentyczny poradnik, a autorka zadbała, by wyposażyć go w takie informacje, o których na co dzień się nie wie, lub po prostu nie myśli. Do tego stopnia, że znajdziemy tam nawet listę konkretnych pytań do właściciela sali weselnej czy fotografa. Przy oczywistym stresie, jaki przechodzi każda Panna Młoda, jest to naprawdę przydatne i zaoszczędzi popełnienia wielu błędów oraz niedopatrzeń. I tak: dowiemy się jak usadzić gości przy stole z przykładowym wzorem ich rozmieszczenia. Albo wzory zaproszeń ślubnych, jeśli nie mamy własnego pomysłu. Kompletnie oczarowały mnie informacje ile tygodni/miesięcy przed dniem ostatecznym załatwiać poszczególne sprawy. I jakie dokumenty wziąć ze sobą do Urzędu Stanu Cywilnego (łącznie z kwotą do opłacenia), a jakie do księdza.

Czytając ostatni rozdział miałam wrażenie, jakbym czuła dokładnie to, o czym pisze pani Justyna, a sposób jej wypowiedzi podziałał na mnie tak bardzo, że poczułam dokładnie ten żal i zdziwienie po skończonym weselu, o jakim pisze autorka. I przez cały rozdział w tle mojej wyobraźni słyszałam muzykę z weselnego parkietu.

Jedyne, czego zabrakło mi w całym poradniku, to większe skupienie się na naukach przedmałżeńskich. Uważam, że jest to całkiem ciekawa informacja, czego można się spodziewać i jak przygotować choćby psychicznie na ten element przygotowań ślubnych, zwłaszcza jeśli ktoś bierze ślub kościelny. A dla tych, którym wystarczy ten cywilny, jest to ciekawostka warta doinformowania się: co nas ominie?

Okładka jest przyjemna, estetyczna i taka… ślubna :-) Cała książka jest upiększona ciekawymi ilustracjami, a czyta się ją (pomimo małego druku) naprawdę szybko- mi to zajęło dwa wieczory.

Uważam też, że każda Panna Młoda powinna przeczytać najpierw całość- z markerem w dłoni, zaznaczając co ważniejsze fragmenty i po to, by mieć pełny obraz sytuacji, a potem iść wg kolejnych części istotnych dla niej w danym etapie przygotowań. Będzie to o tyle łatwiejsze, że poradnik idzie chronologicznie wg tego, co powinnyśmy po kolei robić i nie zmusza nas do ‚skakania’ po kartkach.

Książka jest zdecydowanie skierowana do dziewczyn szykujących się do tego ważnego wydarzenia. Ale autorka bardzo często przypomina, że bez Pana Młodego całej ceremonii by nie było. Cały czas pamiętamy o jakże ważnej roli męskiej w tym wydarzeniu i tłumaczy nawet, jak brać go pod uwagę w kwestiach decyzyjno- uczestniczących, a wręcz jak z nim rozmawiać i współpracować, co nie jest łatwe przy różnych gustach i poglądach. Pani Justyna nie zapomina również o reszcie rodziny i przyjaciół, którzy często chcą aktywnie uczestniczyć choćby w wyborze koloru balonów czy serwetek na stół biesiadny. I jak ma sobie poradzić Panna Młoda z własnymi wyobrażeniami przeciwko całej rodzinie? Albo jak wytłumaczyć babci, że ślub kościelny naprawdę nie jest konieczny, bo cywilny równie dobrze spełni swoje zadanie?

Jak dla mnie idealny poradnik na temat idealnego wesela :-) !

„Wyspy Komfortu” Kamila Kruk

Pierwszym wrażeniem było ogromne zaskoczenie. Otworzyłam kopertę, wyciągnęłam książkę ze środka i zrobiłam wielkie oczy: jaka ona cienka! Kilkadziesiąt stron, choć nie wiem dlaczego byłam nastawiona chyba na większy format.  A potem pomyślałam: uda mi się ją przeczytać dziś przed pracą. Super. I zaczęłam czytać…

Kamila Kruk w tak nietypowy, niestandardowy sposób podchodzi do ludzi oraz typów jakimi są, że aż chce się śmiać, jakie to proste, ale też niezwykłe. Niezwykłe jest również to, że czytając jedną historię, człowiek jest nią zafascynowany a jednocześnie ogromnie ciekawy, co będzie dalej, jaka jest następna historia.

Ta książka to taka bajka dla dorosłych. Choć myślę, że nawet dzieciom do poduszki rodzice powinni przeczytać po jednym opowiadaniu na raz. Tak, żeby dziecko mogło sobie pomyśleć nad daną historią i zdecydować czy mu się podoba czy nie. A moja rada dla dorosłych czytelników? Przeczytajcie raz całą książkę i odłóżcie na półkę. A potem codziennie czytajcie po jednej opowieści. Dlaczego? W mojej głowie kłębi się tyle myśli teraz, po połknięciu całości, że potrzebne jest jakieś uporządkowanie. I właśnie taki sposób znalazłam dla siebie. Da mi to też czas na spokojne przemyślenie każdej historii z osobna i wczucie się w odpowiednią dla mnie.

Co jest jeszcze fajnego w „Wyspach Komfortu”? Myślę, że jeśli nikt nigdy do tej pory nie czytał i szuka czegoś lekkiego, krótkiego i łatwego do poczytania na pierwszy raz, powinien sięgnąć właśnie po ten tytuł. Nie odstrasza grubością, co dla wielu nieczytających na co dzień osób jest ogromną przeszkodą i strachem. Okładka jest tak urocza, że z przyjemnością ustawię ją w domowej biblioteczce tak, by była widoczna już od drzwi. I czyta się ją lekko i przyjemnie. Na końcu poczułam coś, co jest bolesne dla każdego mola książkowego, a jednocześnie jest w jakiś sposób jest to „przyjemny ból”: ta ostatnia kartka i zakończenie. I chęć napisania do autora: Proszę o więcej, bo umieram z ciekawości jaka treść mogłaby znaleźć się na dalszych stronach!

Na końcu książki znajdziemy to, czego w zasadzie nikt nigdy nie powie. Jak z tej swojej ulubionej, ukochanej Strefy Komfortu w końcu wyleźć? I jak nie czuć się z tego powodu źle. Wymaga to trochę zastanowienia się i pracy nad sobą, ale droga do każdego sukcesu jest kręta i trudna. Od nas zależy czy uznamy ją za wartą zachodu. A w podjęciu tej decyzji dużą rolę może odegrać właśnie ta książka, którą ja odkładam na półkę, by za chwilę do niej wrócić.

Acha! Nie bójcie się pisać maili do autorów po przeczytaniu ich książek. To nie są Bogowie, tylko ludzie tacy jak my. A bardzo często są to naprawdę sympatyczne osoby! :-)

Lektury szkolne

Po ostatnich rozmowach z obecnymi 11-latkami jestem szczerze ucieszona, że moje dzieciństwo przeszło przez lata 90-te, a nie teraz. Zmiany, jakie nastąpiły w przeciągu tych wszystkich lat ogłupiają mnie, doprowadzają do łez, gorączki, a czasem śmiechu.

Jednakże dziś przeglądając Internet, zdębiałam. Czy „Nad Niemnem” jest naprawdę taką tragedią dla obecnej młodzieży, że musi być wycofane z kanonu lektur szkolnych? Pamiętam jak ktoś w moim otoczeniu zastanawiał się nad problemem czytania lektur. Owszem, ludzie wolą czytać to, co sami wybiorą zamiast narzucanych im odgórnie tytułów. Ale uważam, że te pozycje, które kiedyś zostały wciągnięte do kanonu lektur szkolnych powinny już w nim pozostać. Po pierwsze, dzięki temu o nich nie zapomnimy i każde pokolenie będzie na nowo do nich wracało. Po drugie, umysł młodego człowieka jest na tyle niewykształtowany, że powinien poznać różne gatunki, zanim wybierze ten, który pasuje mu najbardziej. A po trzecie, lektury to dla niektórych jedyna szansa na zmuszenie się do przeczytania czegokolwiek.book-862492

Jeszcze jako uczennica często spotykałam się ze stwierdzeniem, że gdyby lektury były inne, to na pewno byłyby czytane. Jednocześnie uczniowie, którzy głosili takie hasła nie przeczytali nigdy żadnej innej książki niż ta, którą nakazała szkoła i to tylko dlatego, by uchronić się przed jedynką lub oblaniem matury.

Przychodzi mi na myśl jeszcze jeden argument za tymi niechcianymi. Uważam, że gdyby dane tytuły nie były obowiązkowymi lekturami szkolnymi, to większość młodych ludzi nie miałaby pojęcia, że w ogóle takie istnieją. W tym momencie za kilkanaście lat te dzieła przestałyby mieć takie znaczenie i wartość jaką mają obecnie. A przecież Polacy mają piękną historię, bogatą w doświadczenia, które obecnie możemy poznać i zrozumieć jedynie czytając je na papierze. „Kamienie na szaniec” dają nam w jakiś sposób do zrozumienia, że wojna jest okrutna i nie chcemy przeżywać tego, co tamci ludzie, obecnie nasi dziadkowie, pradziadkowie. „Chłopi” pokazują życie, jakiego już nie doświadczymy. A warto wiedzieć, jakie zmiany zaszły w ciągu tylu lat, jak kiedyś wyglądało życie i że naprawdę powinniśmy docenić to, co teraz mamy. Owszem, zgadzam się z tym, że są trudne do przeczytania, a opisy przyrody zniechęcają niejednego zamiłowanego w książkach. Ale czy gdy ja byłam mała ktoś przejmował się tym, że te opisy są nudne a tematyka książki naprawdę mnie nie interesuje? Nie. Był nakaz, trzeba było czytać i analizować. Dzięki temu te szare komórki, które gdzieś tam w zwojach mózgowych mieszkają, rozwijały się i nabierały ogłady. I człowiek wiedział, jak kształtuje się jego gust. No i umieliśmy słuchać, co się do nas mówi i co się nam każe, bo to dla naszego dobra. Człowiek chciał się buntować, ale wiedział, że nie ma sensu. A na to wszystko teraz słucham, że maturzyści nie potrafią odpowiedzieć na pytania z zakresu podstawowej wiedzy ogólnej i do tego ułatwia się im życie, wycofując zbyt trudne lektury do czytania z obowiązkowych.

Może jestem jedną z niewielu, ale dziś, po tylu latach doceniam te nielubiane kiedyś książki. Naprawdę cieszę się i z dumą mogę powiedzieć, że wszystkie te koszmary z lekcji języka polskiego przeczytałam. Do niektórych nawet wracam teraz i chętnie już jako osoba dorosła z zupełnie innym spojrzeniem niż dziecko przechodzę jeszcze raz przez historie zapisane jako klasyki. Ale są też i takie, których nigdy więcej nie przeczytam i nie będę mieć na domowej półce. Dlatego, że jedyne co do mnie przemawia, to tytuł dzieła narodowego. Ale sama treść jest dla mnie nie do pokonania po raz drugi, nawet po latach.

Niemniej jednak lektur szkolnych, tych z moich czasów, będę bronić zawsze.

Czas Ultrona

Po raz kolejny kosmiczne siły wtrącają swoje trzy grosze w nasz, ziemski świat. I standardowo, tylko grupa Avengers może się im przeciwstawić i przegnać w trzy strony świata. Jaki będzie ostateczny wynik tej wojny? I czy to ostatnia bitwa czy Marvell ma jeszcze jakieś asy w rękawie?

Mamy też wątek romantyczny, którego wielu z nas się nie spodziewało. To chyba ostatnia para mimo wyraźnych (już teraz widocznych) znaków w poprzednich częściach, którą swatałabym ze sobą. A jednak. I w sumie fajnie, że uczucie znalazło ślad również w tych sercach, które wydawać by się mogło, ze są skazane na potępienie i życie bez tych miłych akcentów.

Do samego filmu podchodziłam trzy razy. Brakowało mi czegoś, co zatrzyma mnie dłużej niż pół godziny, gdyż te pierwsze sceny ciągnęły się jakoś tak okrutnie. Gdyby nie fakt, że na drugim monitorze grałam w jedną z popularniejszych gier komputerowych, pewnie znów nie dotrwałabym do końca. Ale cieszę się, ze tak się nie stało, bo później faktycznie zaczyna być ciekawie.

Ci, którzy znają produkcje z tej serii wiedzą czego oczekiwać na końcu filmu. Co mnie strasznie wkurza, to fakt, że kina tego nie szanują i trzeba oglądać ostatnią scenę zawsze przy włączonych światłach. Wiem, wiem, że ludzie już wychodzą, że schody, że ciemno. Ok. Ale zapłaciłam za bilet na cały film i nawet gdybym miała ochotę obejrzeć całe napisy aż do samego końca i mam do tego prawo. Dlaczego każą mi oglądać tony reklam przed wyświetleniem pożądanego obrazu, a to, co chcę faktycznie obejrzeć jest mi utrudniane? Cóż, trzeba będzie otworzyć elektroniczną pocztę i skrobnąć parę słów do administracji :-)

I jeszcze jedna refleksja. Jeden z bohaterów wspomina, ze świat jest za duży i muszą go zmniejszyć. Jak można zmniejszyć świat? Niby banalne pytanie, ale skłoniło mnie do zatrzymania się na tej myśli na chwilę. Więc jak zmniejszyć świat? Zależy w jakim pojęciu. Czy wystarczy zawęzić obszar poszukiwań, zrobić coś na zasadzie sztucznej klatki, zapędzić przeciwnika w jedno miejsce i w ten sposób ograniczyć mu pole manewru i ucieczki? A może spojrzeć na to od innej strony: poszukajmy zaczarowanej pompki zwiększająco- zmniejszającej Pana Kleksa i zróbmy to dosłownie ;-)

„Marsjanin”

W trakcie seansu jeden z obrazów szczególnie poruszył moje szare komórki. I tak inaczej zaczęłam patrzeć na ten film. Na naszym ziemskim niebie ciągle coś lata, fruwa. Coś, co stworzył człowiek. A na niebie Marsa nie ma kompletnie „nic”. Widok niby ten sam, gwiazdy, słońce, planety. Ale człowiek jest kompletnie samotny i jakby się w to zagłębić, to tak naprawdę nie jest to ten sam widok. Oglądając razem z bohaterem niebo na Marsie szukałam jakoś tak automatycznie lecącego samolotu. Ale przecież tam go nie znajdę.

Nie analizując, czy to co w filmie ukazano, jest zgodne z rzeczywistością i prawami fizyki (bo przecież nikt z nas tak naprawdę na Marsie nie był) ogólne wrażenie na mnie zrobił bardzo pozytywne. Jest to jeden z tych filmów, do którego chętnie co jakiś czas wracam. Czekam aż będzie dostępny na DVD, żeby jeszcze raz już bez ciśnienia, tego pierwszego aspektu niecierpliwości, obejrzeć. I przyjrzeć się dokładnie każdej scenie, co w efekcie końcowym prowadzi do prawie obsesyjnej znajomości klatki po klatce na pamięć. Zdecydowanie podręczników szkolnych nie wkuwałam z taką zapamiętałością, z jaką oglądam po raz kolejny coś, co mnie poruszyło w tych częściach mózgu, które są odpowiedzialne za dziwne drgania w niektórych częściach mózgu albo też nawet klatki piersiowej.

Swoją drogą ciekawa jestem ile jest pracy grafików, a ile faktycznych scen z jakiegoś miejsca (niestety) na Ziemi. Niestety, bo kręcenie filmów gdzie indziej niż na naszym globie jest obecnie niemożliwe.

Ale naprawdę chciałabym kiedyś zobaczyć pierwszy film nakręcony gdzieś tam, w naturalnych warunkach. Może okaże się gorszy niż te, rysowane obecnie komputerowo ;-)

„Pomóżcie Monice”

Właśnie odłożyłam na półkę nowy nabytek spod pióra uwielbianej przeze mnie Jadwigi Courths- Mahler i znów się nie zawiodłam. W tej książce znalazłam to, czego szukam, gdy potrzebuję poczytać romansy. To znaczy: skrytą miłość młodej kobiety do mężczyzny (tudzież na odwrót). Są też problemy, jak to w romansach bywa najczęściej. A zakończenie? Zaskakujące w pewien sposób. Takiego obrotu akcji się nie spodziewałam.